-
Oferta od
osoby prywatnej
-
Marka
Żuk
-
Stan
używane
-
Bezwypadkowy
tak
-
Rok produkcji
1992
-
Przebieg
888888 km
-
Pojemność silnika
2100 cm³
-
Moc
500 KM
-
Paliwo
benzyna+LPG
-
Liczba drzwi
2/3
-
Stan techniczny
nieuszkodzony
-
Skrzynia biegów
manualna
-
Pochodzenie
kupiony w polskim salonie
Historia pojazdu
Sprawdź ten pojazd przed zakupem. Pobierz raport
Pobierz raport
Jednak sprzedaję.
Nie tak miało być, ale od początku.
Jak wracałem Żukiem do domu świeżo po zakupie, w myślach już miałem wizualizacje, jak zmierzam w kierunku zachodzącego słońca. Ostatnie promienie światła rozszczepione przez szybę padają na siedzące na tylnych siedzeniach uśmiechnięte dzieci, obok mnie siedzi moja piękna konkubina, a w lusterku mój pies z wystawionym jęzorem i trzepoczącymi na wietrze uszami.
Wjechałem do garażu i od razu wziąłem się do roboty. Z paki wszystko, co nie pasowało do mojej wizji idealnego kampera, wylatywało z hukiem. Postawiłem na minimalizm, który połączony z moimi wątpliwymi umiejętnościami stolarskimi zamienił się w dwie ławki i opadający sufit z płyty meblowej – takiej co zawsze z tyłu przy szafach odpada jak za dużo na półkę upchniesz.
Na podłodze wylądowała jakże urokliwa i nie tracąca walorów aromatycznych gumowa wykładzina. Jak już wszędzie było widać, że projektant tego dzieła ma tyle samo umiejętności co pieniędzy, postanowiłem, że na bombelkach oszczędzać nie będę – siedzieć nie będą na byle czym. Szybka wizyta na zaprzyjaźnionym złomie, 30 minut i 100 złotych później – na tyłach można się było poczuć jak w KIA Carnival z 1999, czyli dalej biednie.
Na początku zapomniałem dodać, że pierwsze co zrobiłem po kupnie to zatankowałem go po sam korek PB98 i powiedziałem – niech ma coś od życia. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że było to dla niego jak jedno piwko dla alkoholika, jeden papieros dla byłego palacza, kawałek cycka dla seksoholika.
Pierwsze litrażowanie wskazało 24 litry na 100 km. Myślę sobie – pewnie dziura w baku albo jakiś większy wyciek. Jednak obdukcja nie wskazała nieszczelności. Później były próby regulacji, zmiana stylu jazdy, i wszystko jak krew w piach. Zapadła jedna z ważniejszych decyzji w moim życiu, która w sumie pasowała do reszty projektu. Montujemy podtlenek biedy. Tydzień później już unosił się za mną zapach najniższej krajowej. Jadąc, miałem wrażenie, że ten pojazd całe życie na to czekał. Nie wiem czy to możliwe, ale czułem jak Żuk się cieszy. Piękne, równe, wolne obroty, szybkie wejście na wysokie, czasami popcorn przy hamowaniu silnikiem. Chwilami zapominałem, że jadę prawdopodobnie najbardziej zacofanym technicznie pojazdem w stosunku do roku powstania na świecie.
Co prawda spalanie nie zmalało, ale tankowanie było o połowę tańsze.
Pierwszy wspólny wyjazd. Miejsce wybrane, materac nadmuchany, lampki rozwieszone. Ostatnie zabezpieczanie sufitu, przejażdżki... i nagle pęk, i nagle bum. I nic nie widzę – czarno, czarno i gwiazdy. Od lat nie było takiej jazdy, bo tu padło serwo hamulcowe.
Mówię – nie panikuj, masz dwa dni i Allegro Smart.
Wchodzę, pierwsza aukcja "Nowe serwo do Żuka", klik kup teraz i jak zwykle brakuje 10 zł do smarta, no to cyk, inne kupującego produkty. I znów decyzja życia – wydać dychę i kupić coś bez sensu. Wybór padł na maść przeciwbólową, co – i tu mały spoiler – w dalszej części opisu okaże się nie być wcale takim złym wyborem.
Przedmiot opłacony, paczka szybko dotarła, już przy paczkomacie rozrywam opakowanie, wyciągam i jest serwo. Ani nowe, ani do Żuka. Napisy cyrylicą wytłoczone na blasze wskazują, że nawet jak jest nowe, to pewnie i tak nie działa.
Dobra, nie ma innego wyjścia. Padła decyzja – montujemy. Rozstaw śrub pasuje – pierwszy sukces. Przyłącza również – kolejny sukces. Wszystko złożone, podokręcane i mamy pierwszy problem – pedał hamulca wygląda jak wiadomo co u chłopa rano, prawie dotyka kierownicy. I później trzeba było skracać taki pręcik, który nie mam pojęcia jak się nazywa – nazwijmy go popychacz. Już więcej się nie dało, jest lepiej, ale dalej patrzy mocno z góry na resztę kolegów pedałów. Hamowanie przypomina grę na perkusji z przywiązaną cegłą do tego cymbałka.
I w końcu nadszedł ten dzień. Dzieci od rana przechodziły proces desensytyzacji gumy z podłogi. Dmuchane krokodyle, śpiwory, jedzenie, piwka z uśmiechem skrupulatnie pakowane na tył Żukiety – tak, już miał swoje imię. Tak samo wykwintne jak jego worek na płyn do szyb, który wygląda jak od cewnika. (W 1994 r.)
Po tygodniach pogodowej depresji w końcu wyszło słońce.
Wyjeżdżamy. Sygnały oczywiście włączone, okulary z Top Guna na nosie, sąsiedzi machają na do widzenia z ukrywaną zazdrością na twarzy. Jedziemy. Pierwsze 3 km minęły bezproblemowo. Pod koniec 4 dowiedziałem się, czemu gazownik był taki tani... Zamontował parownik pod nagrzewnicę. Każdy szanujący się wyznawca lpgt+ wie co to znaczy – zamarzł.
Pamiętacie jak mówiłem, że pogoda wyszła z depresji? No to 30 stopni w cieniu. Nie poddajemy się – ogrzewanie na full, okna na oścież i cała naprzód ku nowej przygodzie.
Mijają kilometry, godziny za godziną i jesteśmy już w połowie drogi do celu. Jeszcze tylko 15 km. Jest Orlen, możemy na spokojnie wykręcić koszulki i rozwiesić na tylnej klapie. Pani przy kasie myślała, że jesteśmy rodziną głuchoniemych – tak, Żuk to pojazd, w którym siedząc w pięciu na metrze kwadratowym, możesz poczuć samotność. Nie ma z kim pogadać. Ale za to wyczula się w nim węch. Zapach benzyny na stacji to nic nadzwyczajnego. Jednak 3 km od niej to już co innego.
Pobocze, klapa do góry i wszystko zalane benzyną. Wystarczyłaby iskra ze swetra i Sławosz byłby szósty, a Łajka nie jedyna.
Po dwóch godzinach wycierania, wietrzenia i zatykania pękniętego wężyka patykami (do dzisiaj tam są), pojechaliśmy dalej.
Ostatnie 12 km, czyli całe popołudnie, przebiegło nam w miarę przyjemnie. Myślę, że mogły mieć na to wpływ opary. Po drodze wymyśliliśmy nawet zabawę, którą nazwaliśmy "które koło zahamuje". Dojechaliśmy chwilę przed północą. Nasmarowałem nogę maścią i poszedłem spać – w sumie to nawet nie wstałem położyć się spać, tak jak i cała reszta załogi. Nad ranem maść przydała się po raz drugi, tym razem wszystkim.
Od tej pory pies, gdy słyszy dźwięk elektromagnesu od LPG, wtapia się w otoczenie. Dzieci zaczęły co niedzielę służyć do mszy, a konkubina została wolontariuszką w domu spokojnej starości.
Koniec.
Niektóre fragmenty mogły zostać delikatnie przekoloryzowane.
---
Stan faktyczny:
Nie wiem jaki to model dokładnie
Technicznie sprawny
Brak przeglądu
Silnik jak zegarek
Blacha zdrowa
Rama zdrowa
Tylko LPG
Nie sprzątałem do zdjęć, sorry
Kurde, fajny jest.
Szkoda mi go.
Cena trochę duża.
O taniej nie pytać.
Można przyjechać zobaczyć, piję zielonego Jacobsa.
Przebiegiem się nie przejmować – wiertarki w OSP nie służyły do wiercenia, a teraz nie działa, bo się linka wysunęła.
A tak serio, mam go kilka lat, prawie nim nie jeżdżę i żal mi go.
Fotki czego chcecie, na co chcecie – mogę wysłać.